niedziela, 18 kwietnia 2010

CWAŁ


Bałam się cwału, czyli jak mi się wydawało - utraty panowania nad koniem. Obawiałam się, że poniesie mnie nie wiadomo gdzie i jeszcze nie da się zatrzymać. Ten strach towarzyszył mi często, szczególnie w terenach.

Prawdziwym cwałem pognała pode mną gniada folblutka, Indira, która biegała w młodości na torach (znalazłam nawet jej wyniki w internecie, nie sprawdziła się i przeznaczono ją do rekreacji). Stała  w stajni na krótko razem ze swoją córką Iluzją (mającą aktualnie leczoną dziurę w boku, podobno spokojna, bez tendencji do gonienia, jednak nie dane nam było przekonać się o tym osobiście). Jeździłam na niej kilka razy i stwierdziłam z zaskoczeniem, że jeszcze nigdy w życiu nie spotkałam takiego konia: niemal przez cały czas jazdy miała luz na wodzy, bo uczyłam się wtedy jeszcze utrzymywać kontakt, jednak nigdy tego nie wykorzystała, zarówno w galopie jak i w kłusie. Była bardzo czuła na pomoce, a przy tym świetnie ujeżdżona. Po  sygnale do kłusa szła równo i spokojnie, mogłam więc śmiało skoncentrować się na swojej postawie, nie martwiąc się, że  wykorzysta chwile mojej nieuwagi. Była bardzo zrównoważona i odważna. Galopowałyśmy jedynie na małym kółku, żeby jej nie rozgonić.

Na którejś jeździe z kolei przeskoczyłyśmy jakąś przeszkódkę. Czułam, że skok był udany, wspaniale się na niej skakało! Chociaż przyjechało z nią siodło ujeżdżeniowe i tylko w nim na niej jeździłam. Jednak po tym, kobyłka  rozgrzała się na dobre, choć jeszcze wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy. Później zagalopowałyśmy, a Indira zaczęła wjeżdżać na coraz większe koła, wciąż zwiększać prędkość... Nie wiedziałam co robić. W miarę jak szybkość narastała, folblutka nakręcała się, coraz bardziej a ja czułam jakby prąd elektryczny przeszywał mi ciało. Żeby ją skręcić musiałam mocno ciągnąć wodze, żeby nie pobiegła mi gdzieś w pole. 
 Była dla mnie nie do opanowania. Przy padoku pasła się grubiutka kasztanka. W ostatniej chwili uniknęła stratowania uskakując z kwikiem z drogi. A my Pędziłyśmy przed siebie. Mówiłam ciągle do niej, uspokajałam ją, ale jej nic nie obchodziło. Szła równiutkim tempem, pragnęła się po prostu wyszaleć. Po kilku dobrych kółkach Darek wbiegł, żeby ją zatrzymać i to ostatecznie podziałało. Byłam przerażona. Zaraz po przejściu do stępa pierwsze moje słowa brzmiały:  "Ja już nie  galopuję!". Gosia wzięła klacz na małe kółko i bez problemów dała sobie radę (pod Nią mało kto poszaleje).

 Tak przeżyłam mój pierwszy cwał bez zaliczenia gleby. Co prawda nie trzymałam się jeszcze wtedy ładnie w galopie, to były zaledwie początki. Z pełnym siadem nie miałam większych problemów, ale traciłam równowagę w półsiadzie, no i jeździłam w starym toczku i w trampkach. A jeszcze w cwale cały czas mnie wybijało, nie potrafiłam przyjąć stabilnego półsiadu, traciłam równowagę, a to jeszcze bardziej potęgowało mój strach. Ale kiedy zsiadłam byłam dumna z takiej przygody! Kiedyś zawsze marzyłam, żeby wsiąść na prawdziwego konia pełnej krwi, uznanego za najszybszego na świecie, a nieoczekiwanie spotkała mnie przyjemność cwałowania! Podobno byłam zielona na twarzy. Po tym, o ile mnie pamięć nie myli, Gosia wzięła mnie na lonżę na stępa, dla mojego poczucia bezpieczeństwa. Nie można było wykluczyć, że kobyłka nie spróbuje pognać znowu. Już po chwili, rozstępowaną, rozcierałam z czułością słomą w boksie. Narodziła się między nami więź (przynajmniej z mojej strony), której nigdy nie zapomnę.

Po tym wydarzeniu nie bałam się już cwału aż tak bardzo - wręcz przeciwnie - zrobiłam się przez to odważniejsza. Dzięki temu kiedy około rok później Gosia poprosiła, żebym wsiadła na szpakowatą klacz,  krnąbrną Deborę, która mimo, że była źrebna, pognała nagle pod jakimś początkującym z taką szybkoscią, że biedak spadł, zgodziłam się bez wahania. Kiedy wsiadłam na nią zaraz po tym, nawet mi nie pogoniła. Stawiała się trochę, ale można było nad nią zapanować. Wiem, że gdyby nie przeżycie z Indirą, nie miałabym odwagi na nią wsiąść.

Nauczyło mnie to, że nawet trudne przeżycia można wykorzystać dla własnych korzyści.

Mam też wspomnienia z cwału kontrolowanego. Za stajnią znajduje się wysokie wzniesienie zwykle obsiane. Nie można tam jeździć, żeby nie rozdeptać właścicielowi pola. Jednak na krótko zostało nam udostępnione - po skoszeniu plonów zrobiło się tam ogromne ściernisko, idealne do jazdy. Gosia uspokoiła mnie, że Bajka nie rozgoni się po tym i nie będzie kojarzyć sobie wyjazdów w teren z gonieniem. Mogłam więc śmiało ją rozprężać, jeszcze na miejscu. Pojechaliśmy w kilka koni. Nie miałam pojęcia, jak Bajka się zachowa. Ona lubi gonić, wyrywać się, aby iść jako pierwsza. Bałam się, ale taka okazja zdarza się raz na rok,  a może nawet rzadziej. Humor dopisywał wszystkim. Gosia jechała na Magnusie. Poprowadziła nas pod samo wzniesienie. Tam zatrzymaliśmy się, aby usłyszeć instrukcje. Serce waliło mi głośno, adrealina buzowała  w żyłach. Miałam jej nie wstrzymywać, tylko puścić, ale trzymać kontakt, żeby w razie podknięcia koń mógł się wesprzeć na wędzidle i być może nawet wyratować od upadku. Napięcie narastało z każdą sekundą. Ruszyliśmy.
Konie rozbiegły się. Pęd zapierał dech w piersiach. Żeby zachować kontakt, którego klacz się domagała,  wychodziłam z rękami dużo bardziej niż zwykle. Wyciągnęła swobodnie szyję. Czułam jej wzbierającą radość. Niezapomniane uczucie. Śmiałam się głośno jak szalona, chciało mi się krzyczeć ze szczęścia. A Bajka nie byłaby Bajką, gdyby w tym całym pędzie nie ominęła szerokim łukiem,  i nie odprowadziła uszami ciemniejszej plamy jakiegoś kretowiska czy resztki krzaka. A w tym wszystkim ani o włos nie wyprzedziła czołowego Magnusa. Szli łeb w łeb, bok przy 

boku. A ja cieszyłam się jej rozsądkiem. Kiedy znaleźliśmy się na górze, Gosia stwierdziła, że było jej jeszcze mało i  pokłusowaliśmy oraz pogalopowaliśmy sobie już spokojniej, po prostej, na ogonach. Wtem zorientowałyśmy się, że nie ma z nami Maestra. Pewnie Artek, który na nim jechał spadł gdzieś w tyle. Zawróciłyśmy, kiedy nagle rozochocony Majster wyjechał zza krzaków z Artkiem całym i zdrowym na grzbiecie. Okazało się, że cwaniaczek zawrócił sobie do stajni, jednak Artek dał sobie z nim radę.
Było to jedno z najpiękniejszych przeżyć w moim życiu i jedno z najwspanialszych wspomnień związanych z Bajką. Rzeczywiście, wcale się po tym nie rozgoniła. Po tym jeszcze pojechałam pod górę sama z Kasią, żeby poruszać Deborę, Gosia mnie poprosiła, bo kobyłka była jeszcze bez kondycji po źrebaku. Kasia  jechała na swojej ukochanej Lalce. Na szczycie po cudownym pędzie chciałam jeszcze, dopiero się rozgrzewałam, ale trzeba było zjeżdżać.

Nooo, i było jeszcze parę razy... oczywiście muszę wspomnieć o Hubertusie.  Muszę stwierdzić z całą stanowczością, że UWIELBIAM CWAŁ!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Follow by Email